11 marca 2026 10:29 - Polska
Energetyka, która zaczyna się w gminie. O potencjale spółdzielni energetycznych - wywiad z Łukaszem Pałuckim prezesem KZRSE

„Spółdzielnia energetyczna nie służy do zarabiania – służy do oszczędzania i budowania lokalnej niezależności”. O tym, jak w praktyce działa ten model i dlaczego samorządy mogą odegrać kluczową rolę w transformacji energetycznej Polski, mówi Łukasz Pałucki, współwłaściciel firmy Tripro, prezes zarządu Związku Rewizyjnego Spółdzielni Energetycznych. 

 


Ambasadorzy rozmawiają

Niniejszą rozmowę przeprowadziły uczestniczki programu Ambasadorzy Transformacji Energetycznej
Z Łukaszem Pałuckim rozmawiały: Elżbieta Krasnodębska i Sabina Pasternok


 

Jest Pan współwłaścicielem Tripro, jednej z pierwszych firm w Polsce zakładających w pełni funkcjonalne spółdzielnie energetyczne. Jak zaczęła się Pana droga w tym obszarze i jaką misję widzi Tripro w kontekście transformacji energetycznej w naszym kraju?

Tripro powstało niedawno jako spółka dedykowana społecznościom energetycznym, głównie spółdzielniom. To był naturalny krok po zakończeniu dużego projektu telekomunikacyjnego, w ramach którego budowaliśmy sieć wielkości powiatu. Stanęliśmy wtedy przed pytaniem, co dalej. Ponieważ sami zarządzamy trzema spółdzielniami energetycznymi, jednymi z najstarszych w Polsce, mamy praktyczną wiedzę i doświadczenie, na które jest realne zapotrzebowanie. Postanowiliśmy więc założyć firmę, która będzie się w tym specjalizować.
Tripro to także sposób na stworzenie sobie miejsca pracy, w którym można nie tylko zarabiać, ale też robić coś, co sprawia przyjemność. Obszar społeczności energetycznych jest niezwykle ciekawy i stymulujący intelektualnie. Jest tutaj wszystko co każdy nerd, albo młody chłopak kocha, czyli technologia, finanse, polityka i też część społeczna, która bywa trochę zagadkowa. To środowisko, w którym trzeba współpracować z ludźmi i samorządami, a ta współpraca daje dużo satysfakcji. W samorządowości jest mnóstwo sprawczości. Urzędnik, który miał na przykład wyremontować ulicę, po roku nią idzie i widzi, że rzeczywiście została wyremontowana i to właśnie jest stymulujące do dalszego działania i odpowiadania na kolejne realne potrzeby. Zakładanie spółdzielni energetycznych ma więc wymiar zarówno społeczny, jak i badawczo-rozwojowy. Cały czas się uczymy i tworzymy nowe rozwiązania, ponieważ działamy tutaj na obrzeżach miejsca, gdzie się spotykają bardzo różne ustawy i prawa: prawo energetyczne, ustawa o spółdzielczości, prawo samorządowe i przepisy podatkowe. Żonglowanie tym wszystkim na raz i poruszanie się w tym obszarze w sposób kreatywny i jednocześnie zgodny z prawem, stanowi duże wyzwanie intelektualne. A ja lubię takie wyzwania, moi wspólnicy również, dlatego właśnie działamy w tym obszarze.
Nie jest to branża szczególnie lukratywna. Gdybyśmy zainwestowali czas i pieniądze w inny sektor, pewnie zarabialibyśmy więcej. Ale przecież nie tylko o pieniądze w życiu chodzi, ważne jest też to, by przychodzić do pracy, którą się kocha.


Na konferencji PRE KER „Instytucjonalny wymiar transformacji energetycznej na rzecz energetyki rozproszonej” podkreślał Pan, że samorządy są najlepiej przygotowane do prowadzenia spółdzielni energetycznych. Co według Pana daje im przewagę? Czy chodzi przede wszystkim o strukturę i kompetencje, czy raczej o szczególną odpowiedzialność za lokalne społeczności?

Samorządy mają kilka przewag naraz. Po pierwsze, w każdej gminie jest osoba, która ma dokładną wiedzę o wszystkich punktach poboru energii, bo przygotowuje plik do przetargu na zakup prądu. To ogromne ułatwienie, bo posiadanie informacji o setkach liczników w jednym miejscu bardzo przyspiesza proces przygotowania spółdzielni, planowanie jej rozwoju i późniejsze zarządzanie. To zupełnie inny wysiłek organizacyjny, logistyczny i finansowy niż w przypadku indywidualnych gospodarstw domowych.
Samorządy przede wszystkim znają też potrzeby swoich mieszkańców. Wiedzą, gdzie są częste awarie i wyłączenia, bo słyszą o nich bezpośrednio od ludzi. Tych awarii w Polsce jest masakrycznie dużo. Wschodnia część Polski, gdzie sieci są najsłabsze, ma nawet ponad dwieście czterdzieści minut nieplanowanych przerw w dostawie prądu rocznie na użytkownika. Samorządowcy znają te problemy z autopsji.
Samorząd jako jedyny może być rzeczywiście partnerem dla państwowego monopolu. Kable energetyczne leżą przecież w ziemi gminy, najczęściej w pasie drogi gminnej, więc gminie należą się opłaty za zajęcie pasa drogowego i podatki od budowli. To często dziesiątki milionów złotych rocznie, które mogą utrzymywać szkoły czy inne lokalne instytucje. W praktyce bywa to źródłem sporów, bo część firm państwowych unika płacenia, powołując się na niejasną wartość infrastruktury jeszcze z czasów PRL-u. Teraz jednak, po ogromnych inwestycjach finansowanych między innymi z KPO, tę wartość będzie można bardzo łatwo ustalić i obliczyć podatek.
Samorząd ma też narzędzia, o których mało kto pamięta. Może sam określić swoje potrzeby energetyczne na kilkanaście lat do przodu i zobowiązać operatora sieci do przebudowy infrastruktury na jego koszt. Urząd Regulacji Energetyki potwierdził, że operatorzy muszą się do tego dostosować. To pokazuje, jak silną pozycję mogą mieć samorządy w relacji z państwowymi monopolami.
Dlatego właśnie to one mają najlepsze karty w tej grze. My czy prywatne firmy jesteśmy wobec monopoli praktycznie bezbronni, a samorządy naprawdę mogą coś wywalczyć dla swoich mieszkańców.

Jaki system rozliczeń funkcjonuje obecnie w spółdzielniach energetycznych i w jakim stopniu przyczynia się on do realnego obniżenia kosztów energii? Czy rozwiązanie to pomaga również w przezwyciężeniu kluczowego wyzwania fotowoltaiki, jakim jest rozbieżność między godzinami produkcji a szczytami zużycia?

Podstawą działania spółdzielni jest zbiorowy net-metering ze współczynnikiem 0,6. Na ten moment, kiedy nie ma jeszcze wybudowanych solidnych mocy wytwórczych, a dominują panele, często pozostałe po wcześniejszych projektach i dotacjach, to właśnie ten mechanizm stanowi podstawę funkcjonowania spółdzielni. Brak tego rozwiązania, szczególnie w początkowej fazie, oznaczałby, że spółdzielnie po prostu by nie powstały, bo nie miałoby to ekonomicznego sensu.
Patrząc, jak gminy do tego podchodzą, widać kilka obszarów problemowych. Po pierwsze, są stare panele z czasów net-meteringu sprzed marca 2022 roku. One również mogą wpaść w system net-billingu, jeśli np. urzędnik zapomni, że dany licznik nie powinien znaleźć się w przetargu na prąd. Gdy trafi do przetargu i wygra inny operator, licznik przechodzi na nową instalację i automatycznie podlega net-billingowi. Wiele gmin nie zdaje sobie z tego sprawy i może w ten sposób nieświadomie same wrzucić się w ten system.
Drugi obszar to inwestycje po marcu 2022 roku. Wspólnie z dr Hellerem opublikowaliśmy na platformie AGH badania, z których wynika, że gminy wydały 1,5 miliarda złotych, a gminy wiejskie i miejsko-wiejskie około miliarda na panele, które nigdy się nie zwrócą, bo działają w net-billingu i prawie zawsze bez magazynów energii. To ogromne marnotrawstwo, wynikające z braku wiedzy i zbyt prostych decyzji. Zakładając spółdzielnię, w pierwszej kolejności przywracamy ekonomiczny sens tych wcześniejszych inwestycji.
W niektórych gminach skala problemu jest niewielka, ale są też takie, które wydały po 9,5 mln zł, stawiając panele na dachach mieszkańców, obiecując im niższe rachunki. Rachunki jednak nie są niższe, co prowadzi do konfliktów lokalnych. Ludzie czują się oszukani, wściekli, grożą protestami. A my, zakładając spółdzielnię, porządkujemy ten bałagan, którego nie byliśmy autorami.
Gdy spółdzielnie już powstają, nie chodzi tylko o panele. Choć z punktu widzenia budżetu gminy to atrakcyjna inwestycja, 2–2,5 tys. zł brutto za 1 kWp, który daje 1000 kWh rocznie, lecz w praktyce rzadko wystarczy miejsca, by postawić ich tyle, ile potrzeba. Po uwzględnieniu zużycia i kosztów magazynu wirtualnego wychodzi około 745 kWh, czyli mniej więcej 745 zł rocznie, co oznacza zwrot po trzech latach. Teoretycznie to świetny interes, ale w praktyce gminy nie mają działek pod takie inwestycje.
Wtedy pojawia się refleksja: może warto zbudować biogazownię, skoro mamy odpady zielone i bioodpady, za których utylizację i tak płacimy? Możemy też wykorzystać osady z oczyszczalni ścieków. Trzeba tylko znaleźć miejsce, przekonać mieszkańców, dobrać technologię i można produkować prąd, ciepło, a przy okazji nawozy dla mieszkańców lub rolników.
Tam, gdzie wieje, można postawić małe turbiny wiatrowe, nie 2–3 MW, bo to za dużo dla gminy, ale 30 kW czy kilka takich turbin. To realne i niezbyt drogie rozwiązanie.
Coraz częściej odkrywamy też potencjał małych elektrowni wodnych. Nawet w czasie suszy można wykorzystać istniejące obiekty hydrotechniczne. Przykładem jest gmina Wiązownica na Podkarpaciu, która ma własny stopień wodny i turbinę. Pomagam im w zakładaniu spółdzielni energetycznej. W Grójcu oglądałem ostatnio obiekt, gdzie można zainstalować małą turbinę Archimedesa o mocy 11 kW, która da około 60 MWh rocznie.
Choć na zewnątrz może się wydawać, że spółdzielnie opierają się głównie na panelach, to w praktyce wiele z nich ma już warunki przyłączeniowe pod biogazownie, turbiny wiatrowe czy instalacje wodorowe. Nie zostały jeszcze zrealizowane, bo gminy czekają na dotacje, niektórzy już drugi rok. Problemem jest finansowanie. Program Energia dla Wsi przewiduje preferencje dla spółdzielni, ale w praktyce żadna z trzech, które złożyły wnioski o pożyczki, nie dostała wsparcia. Dlatego trzeba się kredytować. Istnieją dobrze działające kredyty, sam z takich skorzystałem.


Na LinkedIn opublikował Pan jakiś czas temu hasło „Spółdzielnia Energetyczna jest Kobietą”. Jakie przesłanie chciał Pan w nim zawrzeć i co kryje się za tą metaforą?

Zadzwoniła do mnie pani Ewa Siedlecka z Tok FM, która była moderatorką dyskusji, i zapytała, jak połączyć kongres kobiet z energetyką. Odpowiedziałem wtedy: Pani redaktor, widziała pani te debaty, nawet na AGH, ile tam jest kobiet na scenie? Czasem pojawiają się panie z URE, ale to wyjątek. W energetyce jest podobnie jak w telekomunikacji, w której pracowałem dwadzieścia lat. Tam, gdzie pojawia się władza i pieniądze, nagle znikają kobiety. Zostają wypchnięte, bo mężczyźni przejmują kontrolę i nie dopuszczają ich do decyzyjnych stanowisk.
Jak mamy rozmawiać o transformacji energetycznej bez kobiet? Można oczywiście próbować wprowadzać rozwiązania siłą, jak przy specustawie biogazowej, ale to nie działa. Ja sam, budując wcześniej projekty liniowe i sieci światłowodowe na wsi, przekonałem się, że kobiety załatwiają sprawy szybciej, skuteczniej, lepiej się komunikują, łatwiej tworzą sojusze i sieć zaufania. Są skupione na realnych problemach, a nie wydumanych, bo to na nie spada ciężar codziennych kryzysów, także tych związanych z przerwami w dostawach prądu.
W spółdzielniach energetycznych widać to bardzo wyraźnie. Jest tam duża reprezentacja kobiet, wśród prezesek i w radach nadzorczych. Wynika to też z tego, że w samorządach jest ich coraz więcej, a w niektórych gminach w urzędzie nie ma ani jednego mężczyzny. Te gminy często są bardzo dobrze zorganizowane i zadbane.
Hasło „spółdzielnia energetyczna jest kobietą” wynika z praktyki. Spółdzielnia nie służy do zarabiania, tylko do oszczędzania. Nie da się z niej zrobić biznesu. Nawet jeśli ktoś spróbuje, to i tak przyjdzie lustrator, który co trzy lata sprawdza zgodność z prawem spółdzielczym, kredyty i projekty unijne, ale też to, czy działania nie szkodzą członkom. Jeśli wykryje nieprawidłowości, zgłasza to do Krajowej Rady Spółdzielczej albo do związku rewizyjnego.
Spółdzielczość ma społeczny charakter. To nie spółka akcyjna ani spółka z o.o. Tutaj wszystko opiera się na zaufaniu. W spółdzielniach energetycznych jest to szczególnie ważne, bo wystarczy, że jedna osoba zacznie np. ładować samochód elektryczny w nieodpowiednim momencie i może wpędzić całą spółdzielnię w kłopoty. Nie mamy jeszcze narzędzi, żeby to kontrolować w czasie rzeczywistym. Dlatego w spółdzielniach tak dobrze sprawdzają się kobiety, są odpowiedzialne, czujne i współpracujące.

Czy mógłby Pan podać konkretne przykłady projektów spółdzielni energetycznych, które już dziś działają i dowodzą, że ten model jest zarówno efektywny, jak i opłacalny?

W Polsce mamy już przykłady spółdzielni, które udowadniają, że ten model jest opłacalny. W jednej z naszych społeczności od ponad półtora roku nie płacimy za energię czynną, ponieważ wypracowaliśmy nadprodukcję. Było to konieczne, gdyż u niektórych operatorów regionalnych stawki za zakup brakującej energii są bardzo wysokie. Musieliśmy tak zaprojektować system, by był on maksymalnie samowystarczalny.
Wśród dobrze funkcjonujących inicjatyw warto wymienić Ustronie Morskie, Sudecką Energię w Kamiennej Górze czy spółdzielnie w okolicach Słupcy i Czerwonaka. Każda z nich ma nieco inną specyfikę, bo wiele zależy od podejścia lokalnych dystrybutorów. Na północy kraju polityka operatorów jest obecnie najbardziej sprzyjająca, utrzymują oni stawki z wcześniejszych umów. Z kolei u dystrybutorów na wschodzie i południu Polski te koszty bywają wielokrotnie wyższe. W takich warunkach wystarczy dokupić zaledwie kilka procent energii z zewnątrz, by model ekonomiczny spółdzielni stał się wyzwaniem. To wymusza budowanie większych mocy wytwórczych.
Ciekawym projektem jest ten w powiecie hrubieszowskim, gdzie zamiast jednej dużej farmy postawiliśmy na 25 niewielkich instalacji rozproszonych po całym terenie. Takie rozwiązanie jest bezpieczniejsze dla sieci, bo nie powoduje nagłych skoków napięcia. Dążymy tam do pełnej autokonsumpcji, uzupełniając fotowoltaikę o małe turbiny wiatrowe, co pozwala nam produkować energię także zimą, gdy jest ona najbardziej potrzebna.

W jaki sposób Tripro angażuje lokalną społeczność w swoje projekty? Czy stawiacie na edukację i rozmowę z mieszkańcami, wspólne konsultacje, a może działania praktyczne, które od razu pokazują korzyści dla uczestników?

Edukacja jest kluczowa, dlatego realizuję projekt, w ramach którego tworzymy komiks o energetyce rozproszonej. To już moje trzecie takie wydawnictwo, wcześniej pisałem o cyfryzacji wsi i budowie sieci telekomunikacyjnych. Komiks tłumaczy mechanizmy rynku energii w sposób przystępny, bez upraszczania przekazu do poziomu infantylnego. Treść konsultuję z ekspertami naukowymi, ale też z kołami gospodyń wiejskich, by mieć pewność, że to, co przedstawiamy, jest zrozumiałe.
Podczas spotkań z mieszkankami wsi pytam o motywację do rezygnacji z węgla. I tu odpowiedzi są wszędzie takie same: największą barierą przy węglu jest codzienna praca i domowe kłótnie. Trzeba przynieść ten węgiel, często brudząc przy tym pół mieszkania, a potem codziennie pozbywać się popiołu. Jeśli ktoś tego nie dopilnuje, w domu robi się zimno, dzieci chorują, co prowadzi do niepotrzebnych napięć małżeńskich. Dlatego panie prosiły, by w komiksie pokazać ten znój – zmęczonego, ubrudzonego mężczyznę dźwigającego opał. To przekonuje ludzi bardziej niż argumenty o jakości powietrza, bo ten codzienny trud jest powszechnym doświadczeniem.
Edukacja jest niezbędna, by mieszkańcy wiedzieli, jak sami mogą produkować i zużywać prąd. Budowanie lokalnej samowystarczalności to przede wszystkim krok w stronę niezależności energetycznej kraju. Każda uruchomiona biogazownia sprawia, że stajemy się bardziej odporni na kryzysy i nie musimy sponsorować zewnętrznych reżimów, niezależnie od tego, z jakiego kierunku pochodzą surowce.

Czy spółdzielnie energetyczne mogą dziś liczyć na wsparcie finansowe zarówno na etapie przygotowań, jak i samych inwestycji? Jakie programy dotacyjne są obecnie dostępne?

Szczerze mówiąc, przestałem już wierzyć w system dotacji dla spółdzielni energetycznych. Cały ten proces kosztuje zbyt dużo pracy i czasu w stosunku do realnych efektów. Dobrym przykładem był nasz projekt „Solar Taxi” w powiecie hrubieszowskim. Zarządzamy tam rozległą siecią na terenie 1300 kilometrów kwadratowych, co wiąże się z ciągłymi dojazdami serwisowymi. Chcieliśmy stworzyć elektrycznego busa ładowanego z naszych własnych paneli, co przy okazji rozwiązałoby problem wykluczenia komunikacyjnego lokalnych mieszkańców. Choć wnioskowaliśmy jedynie o pożyczkę, która przecież wraca do budżetu państwa, sprawa utknęła w urzędach na rok, mimo obiecanych 45 dni na decyzję.
Wiele do życzenia pozostawia również sposób dystrybucji środków w ramach programów krajowych. Często ogromne fundusze na moce wytwórcze trafiają do struktur takich jak klastry energii, które w praktyce rzadko działają sprawnie i nie posiadają nawet osobowości prawnej. Dochodzą do nas sygnały o próbach włączania spółdzielni do tych struktur tylko po to, by móc rozliczyć przyznane fundusze, co stawia pod znakiem zapytania trwałość i przejrzystość takich projektów. Na szczęście są wyjątki, kilka spółdzielni, m.in. z Kamiennej Góry czy Słupcy, uzyskało pozytywne oceny w naborach i miejmy nadzieję, że te środki faktycznie wesprą ich rozwój.
Uważam, że obecnie najskuteczniejszym rozwiązaniem są zwrotne instrumenty finansowe na preferencyjnych warunkach. Dzięki finansowaniu z instytucji rozwoju udało nam się uruchomić gotową instalację z magazynem energii w zaledwie kilka miesięcy od podpisania umowy. To jest tempo, jakiego wymaga realna transformacja. Lokalne instytucje finansowe znacznie lepiej rozumieją specyfikę takich inwestycji i potrafią sprawniej podejmować decyzje, co dla funkcjonowania spółdzielni jest absolutnie kluczowe.

Na zakończenie chciałybyśmy prosić o wskazówkę, poradę do osób, które – tak jak my – stoją dziś przed wyborem swojej ścieżki w sektorze energetycznym. Co według Pana może dziś pomóc młodym ludziom nie tylko odnaleźć się w tej branży, ale także realnie wpłynąć na jej przyszłość?

Wchodząc do sektora energetycznego, warto pamiętać o własnej podmiotowości. System energetyczny powinien służyć społeczeństwu, a nie odwrotnie. To z naszych rachunków i podatków finansowana jest infrastruktura, dlatego mamy prawo wymagać, by była ona dostosowana do naszych potrzeb. Zgodnie z unijnymi dyrektywami to podmioty zarządzające
siecią mają rozwiązywać problemy techniczne, by ułatwiać obywatelom korzystanie z nowoczesnych źródeł energii, a nie oczekiwać, że społeczeństwo dopasuje swoje życie do ograniczeń sieci.
Przerobiliśmy już tę lekcję w telekomunikacji. Kiedyś panował tam monopol, usługi były drogie i kiepskiej jakości. Po deregulacji rynku powstały tysiące lokalnych operatorów, ceny spadły, a dziś mamy jeden z najszybszych internetów w Europie. To pokazuje, że zmiana jest możliwa, jeśli przestaniemy akceptować narzucane nam odgórnie ograniczenia i niezrozumiałe rozliczenia.
Prawo do produkcji i konsumpcji własnej energii uważam za jedno z praw obywatelskich. O takie prawa trzeba dbać i konsekwentnie się o nie upominać. To jest właśnie przestrzeń dla młodych ludzi: budowanie nowoczesnej, przejrzystej energetyki, w której obywatel jest traktowany podmiotowo, a nie tylko jako odbiorca usług. Praw obywatelskich nikt nie daje w prezencie, musimy je wypracować i wzmacniać własnym działaniem.